Śladami naszych ojców i praojców
 
Eugenijus PETRUSKEVICIUS

Car za daleko, Bóg za wysoko
 
Zespol etnograficzny Dusnyca
Zawsze, od niepamiętnych czasów, od 1921 roku, stąd wszędzie było daleko - do kościoła w Sejnach około 12 kilometrów po mokradłach, na targ - tyleż samo, do najbliższych władz w gminie Krasnowo - jeszcze dalej. Zimą duszniczanie - bowiem o nich mowa - do Krasnowa jeździli po lodzie, przez jezioro Gaładuś. Ale latem trzeba było furmankami jechać bocznymi drogami przez Radziucie i Jenorajście.
Do r. 1921, tj. do czasu wytyczenia tzw. linii demarkacyjnej, Dusznica należała do parafii łoździejskiej. Dopiero później została przyłączona do parafii sejneńskiej.
Wcześniej mieszkańcy Dusznicy, jeśli już się im zdarzyło jechać do Sejn, jeździli tylko w dni jarmarków, kilka razy do roku. Niewątpliwie wyszło im to tylko na dobre. Rzadziej spotykali się w Sejnach z Polakami, toteż do ich języka dostało się mniej polonizmów.
Nauczycielka Janina Macukoniene twierdzi, że i dziś dają się zauważyć różnice pomiędzy mową mieszkańców Dusznicy i np. Żegar.
- Zachował się też swoisty charakter duszniczan - mówi Janina Macukoniene. - Ludzie tu chyba weselsi niż w innych wsiach, chętniej obcują z ludźmi, są bardziej serdeczni, prości, być może nawet mniej niż inni przejmują się swoim położeniem materialnym, być może mniej wśród nich rywalizacji ekonomicznej, tak charakterystycznej dla mieszkańców wsi okolic Puńska. Po prostu tu jeszcze pamiętają, że  żyje się raz, jeden jedyny raz, i że do grobu ze sobą nic się nie da zabrać.
***
Także historia Dusznicy było nieco inna niż sąsiednich wsi. Dusznica jako ostatnia rozeszła się na tzw. kolonie. Aż do 1935 r. mieszkano tu w sposób zwarty. Tak archaiczna osada zachowała się dlatego, że po przeprowadzeniu linii demarkacyjnej, która, nota bene, stała się później granicą polsko-litewską, trzecia część pól wsi została po stronie litewskiej. Ludzie żyli w Polsce, a ich pole było na Litwie. Co rok trzeba było jeździć do suwalskiego starosty i po otrzymaniu specjalnego zezwolenia można było przekraczać granicę w celu uprawiania pola.
Wydaje się, że duszniczanie byli całkiem zadowoleni z tej nietypowej sytuacji. Częste przekraczanie granicy było okazją do przyniesienia tańszych towarów z Litwy. Czasem w Łoździejach udawało się drożej sprzedać krowę lub konia, bo przed wojną rolnictwo litewskie było lepiej zorganizowane aniżeli polskie, produkty wiejskie były droższe, a wyroby przemysłowe tańsze niż w Polsce. Czemuż więc nie sprzedawać drożej i nie kupować taniej?
Jeśli więc był ktoś niezadowolony z tej sytuacji, z tego niekontrolowanego przemytu, to tylko władze polskie i sklepikarze sejneńscy. Jeśli przykładowo, sól lub sukno angielskie taniej można było kupić na Litwie, to czy warto przepłacać za nie w Sejnach? Jednak w 1935 r. postanowiono ostatecznie przyłączyć ziemie, gospodarzom z Dusznicy dać kolonie i za jednym zamachem zlikwidować przemyt.
Ponieważ jedna trzecia pola była po stronie litewskiej, dziewięciu duszniczan: Juozas Liaukevicius, Vincas Liaukevicius, Antanas Liaukevicius, Jonas Liaukevicius, Liudvikas Talandis, Andrius Valukonis, Juozas Mikalonis, Petras Skripka ir Zigmas Sventickas na własne życzenie przeprowadziło się na Litwę. Tam założyli oni nową Dusznicę, zwaną Dusznicą Litewską. Po tamtej stronie został też cmentarz. (Teraz nie ma już wsi, ponieważ Rosjanie wszystkich mieszkańców ze strefy przygranicznej wysiedlili i wieś przestała istnieć.)
***
Mimo że Dusznica jest czysto litewską wsią, jednak przed II wojną światową mieszkało tu także kilka rodzin żydowskich. Jedna z nich to Kmieliauskai.
- Biedny był ten Kmieliauskas, żył z kowalstwa - opowiada Jurgis Skripka. - Miał trzech synów: Rufke, Berkusa i Ziske oraz córkę Feige.
Młodzież żydowska razem z innymi chodziła na zabawy, na wesela.
- Piękna była ta Feige, ładnie się ubierała, toteż chłopcy najczęściej z nią i tańczyli. I nikogo nie obchodziło to, że jest Żydówką. Teraz, gdy ludzie są tacy wykształceni, wytykano by palcami i przezywano - mówi Jurgis Skripka.
- Rufke już od dłuższego czasu chodził po wsi i jadł co popadło: wieprzowinę, słoninę. Nie przestrzegał zasad Starego Testamentu, a pewnego razu postanowił całkiem przejść na wiarę katolicką. Jak postanowił, tak zrobił. Na chrzcie nadano mu imię Jan. Ale był to już słabowity Żydowina. Po kilku latach zachorował i zmarł. Księża sejneńscy urządzili mu taki pogrzeb, jakiego nie pamiętali nawet najstarsi mieszkańcy. Cała droga od kościoła do cmentarza była świerkowym igliwiem usłana - mówi Jurgis Skripka. - Odprowadzali go aż trzej księża, była także orkiestra wojsk pogranicza, a po pogrzebie cały tydzień żołnierze trzymali przy jego grobie wartę, aby Żydzi sejneńscy nie wykradli nocą ciała i nie pochowali na cmentarzu żydowskim.
Życzliwi byli ci Żydzi z Dusznicy. Jeśli komuś na wiosnę zabrakło paszy, to zaraz szedł do  Auzera Konki, jeśli zboża zabrakło - znów do Konki, jeśli po pieniądze - także do Konki.
Gdy wróciłem z Prus Wschodnich, z niemieckiego obozu wojskowego, nie znalazłem już w Dusznicy ani jednej rodziny żydowskiej. Hitlerowcy wypędzili wszystkich na Litwę. Smutno mi się zrobiło, bo ze wszystkimi byłem bardzo zżyty.
***
- Dawniej ludzie byli dobrzy, nie tak jak dziś - mówi Jurgis Skripka. - W Dusznicy mieszkał pewien bardzo biedny człowiek o nazwisku Petruskevicius. Ziemi nie miał. Na cudzym postawił sobie chałupinkę i chlewik. Latem dwie córki oddawał do chłopów na zarobki, a zimą różnie ludzie im pomagali. Jedni kawał świeżego mięsa, inni chleba bochen przynieśli.
Gdy umarł, Bulevicius i Talandis od każdego po złotówce zebrali na pogrzeb. W Sejnach kupili trumnę i poszli do proboszcza umówić się co do pogrzebu. "Księżulku, zostało nam tylko 15 złotych, czy starczy na mszę?" - zapytali duszniczanie po wejściu do kancelarii parafialnej. "Jeśli nie macie pieniędzy, to obejdzie się i bez mszy" - miał odrzec jakoby ksiądz. "O nie, tak to już z pewnością nie będzie - uparli się mieszkańcy Dusznicy. - Czyżby dusza biedaka nie potrzebowała mszy?
Chyba po raz pierwszy w historii tych ziem prości wieśniacy sprzeciwili się księdzu. Ostatecznie jakoś się dogadali, ale gdy ksiądz zobaczył, że nieboszczyk spoczywa w kupionej trumnie, znów się rozzłościł: "Na trumnę żeście mieli, a na mszę nie macie?" I nic nie mówiąc wyszedł do zachrystii. Za nim chłopi z Dusznicy. "Jak ksiądz chce: albo ksiądz odprawi mszę, albo zostawimy nieboszczyka w kościele i pojedziemy do domu. Niech ksiądz robi z nim, co chce." Przestraszył się ksiądz i znów ustąpił. Uparci byli chłopi z Dusznicy, dziś powiedzielibyśmy - mieli silne poczucie własnej godności. Tacy pozostali do dziś.
***
- Teraz, dzieci, żyć, nie umierać - mówi osiemdziesięciosiedmioletni Jurgis Skripka. - Idziesz, gdzie chcesz i kiedy chcesz, wracasz też kiedy chcesz. Nikt cię nie śledzi, nikt nie zakazuje. Było nam tu, w strefie przygranicznej, bardzo ciężko. Po zaciętej walce w r. 1920 ostatecznie umocnili się na tych ziemiach Polacy. Najpierw - tuż po objęciu władzy - wszystkich Litwinów obłożyli daniną, takim podatkiem. Był on tak wysoki, że nijak nie można było go spłacić. A jeśli nie spłacisz, wojskowe dowództwo pogranicza przyśle ci dwóch lub trzech żołnierzy służby konnej na utrzymanie.
Bywało, zostawią konie w stodole, na klepisku, a te nie tyleż zeżrą, co zdepczą nogami nie wymłócone jeszcze zboże. I komu się poskarżysz?
Przy granicy nawet psa nie można było trzymać. Po zachodzie słońca nie można było wychodzić z domu. Jeśli patrol złapie, zaaresztuje, ukarze, a często i obije. I mnie się dostało...
A było tak. Bardzo chciałem nauczyć się grać na skrzypcach. To było największe moje marzenie. Wreszcie, gdy miałem już piętnaście lat, jako tako się nauczyłem. Ale skąd wziąć pieniądze na skrzypce? Były drogie. Ale ojciec dał kilka dolarów, trochę sam zarobiłem. Stary Dabulis, sam był dobrym muzykantem, pojechał do Suwałk i przywiózł mi skrzypce. Nie macie pojęcia, ileż było radości.
Ale niedługo się nimi cieszyłem. Pewnego razu, gdy wracaliśmy z dziewczynami z zabawy, niespodziewanie natknęliśmy się na polski patrol pogranicza. Żołnierz bez słowa wyrwał mi te skrzypce z rąk i uderzył nimi o słup w płocie... Rozleciało się "me szczęście i młodzieńcze marzenie" na małe kawałki, nie było co nawet zbierać.
Wydawołoby się, że byłem silny, ale wówczas rozpłakałem się rzewnie. Poszła na marne praca i starania mojego ojca i moje. Przyszedłem do domu i płacząc poskarżyłem się ojcu. Ojciec rzekł: "Nie płacz, dziecko, dobrze, że ciebie nie zastrzelili, bo i tak mogło być. Komu się poskarżysz - "do cara za daleko, do Boga za wysoko". Minęło już ponad siedemdziesiąt lat, a mimo to stoją mi przed oczami te skrzypce i ta pełna pogardy dla mnie - wiejskiego Litwina - twarz żołnierza. Tej krzywdy nie zapomnę chyba aż do śmierci.
***
- Początkowo nie głaskały nas i nowe władze polskie - mówi Jurgis Skripka.- Gdy późnym latem 1944 r. wróciliśmy z Litwy, na siłę chciano nas przegnać z powrotem. Pewnego razu wróciłem z młyna, a tu - na podwórko wjeżdżają furmanką milicjanci sejneńscy: Witek L., Janek P. i Zbigniew W. Razem z nimi jeszcze jacyś dwaj mężczyźni, jak się później okazało, ze Smolan. Ci z Sejn mieli strzelby, ci ze Smolan - pałki. Gdy weszli do chałupy, ci z Sejn od razu zaczęli rozkazywać: "Dawaj na stół wódkę i usmaż jajecznicę." W tym czasie smolańscy "obrońcy prawa" grabili. Zabrali nowe spodnie Mikasa, mój odświętny garnitur. "Chłopaki, nie zabierajcie" - poprosiłem. "Chłopaki to u Żydów!" - warknął ten ze Smolan. "Panowie" - poprawiłem się. "Panów trzeba wyrżnąć!" - jeszcze głośniej ryknął smolański "obrońca ludu". "I ja walczyłem za Polskę w trzydziestym dziewiątym. W niewoli niemieckiej wszy mnie zżerały, a wy tak mi się odwdzięczacie?" Ten z Sejn tylko zaklął brzydko, a ten ze Smolan zamachnął się pałką, uderzył w głowę raz, potem drugi.
Zabrali wszystko, co miało jeszcze jakąś wartość, co wpadło w oko, załadowali na wóz i pojechali. Niektóre z tych osób żyją do dziś. Niektórych spotykam w Sejnach. Cóż zrobić, było, minęło.
***
- Różnie było, dzieci. Cierpieliśmy i my, i nasi ojcowie. I do kogóż pójdziesz na skargę? Car za daleko, Bóg za wysoko - kończy swą opowieść osiemdziesięciosiedmioletni Dzuk ze wsi Dusznica Jurgis Skripka. - A teraz dobrze jest żyć...
Eugenijus PETRUSKEVICIUS
"Ausra" 1998/5, s. 20-23.