Z naszej przeszłości

Alicija SITARSKA

Za wolną Litwę

Rodzina Paulukonisow"... przyjechał do nas oddział żołnierzy, otoczyli dom i rozpoczęli rewizję. Wszystko wywrócili do góry nogami, ale bunkrów nie znaleźli" - dalej opowiada Adele Samuleviciene. Pauliukonisowie przeczuwali, że dzieje się coś niedobrego, ale dopiero później dowiedzieli się od ludzi o wydarzeniach w Szlinokiemiach" - czytaliśmy w  pierwszej części artykułu "Za wolną Litwę". Przenieśmy się więc raz jeszcze do  końca 1949 r. i posłuchajmy opowieści świadka ówczesnych wydarzeń p. Peronele Savickaite-Valinciene o tym, co naprawdę wydarzyło się w Szlinokiemiach 13-tego grudnia tegoż roku.

Mieszkałam wówczas z mężem i rodziną u Agurkisów w Szlinokiemiach. Agurkisowa - to moja rodzona siostra, a Agurkis - to najprawdziwszy wuj męża. Razem mieszkał także brat męża Sigitas Valincius. Było tak, jak mówiła pani Samuleviciene - partyzanci z Litwy szukali pomocy u swoich znajomych i krewnych. Tak było i w tym przypadku. Mój mąż, wywodzący się ze wsi Zowady, i szwagier Agurkis, rodem ze Szlinokiem, znali ich od dawien dawna. Poza tym Prabuliai - to także bliscy krewni Savickasów. Tak więc ich syn Vitas Prabulis ze wsi Mockava (jego brat też był w partyzantce) - to najprawdziwszy mój brat cioteczny, dlatego to całkiem oczywiste, że razem ze swoim towarzyszem Jurgisem Kriksciunasem schronili się u nas.
Początkowo partyzanci przychodzili rzadko - zjeść lub zabrać żywność. Widocznie mieszkali gdzieś dalej. Najczęściej, rzecz jasna, przychodził Vitas Prabulis. Był niewysoki. Nosił taką starą wysłużoną czapkę z daszkiem zawsze do tylu i udawał pastucha. Widać już miał styczność z bezpieką. Na jednej ręce miał bliznę. To był ważny i niebezpieczny dla niego znak.
Potem, zapewne w porozumieniu z moim mężem Alfonsem i szwagrem Sigitasem, postanowili wykopać bunkier w naszej stodole. Mnie nic nie powiedzieli. Pewnego ranka patrzę - drzwi od stodoły uchylone, a w środku kręcą się jacyś mężczyźni. Nie wytrzymałam i poszłam zobaczyć, a tam na stronicy już zaznaczone miejsce i rozpoczęty dół. Obok - zwały ziemi. Od razu zrozumiałam, co to znaczy. Mówię więc do nich: "Chłopy, nie kopcie nam tu grobów..." Spojrzeli po sobie, a Prabulis rzekł odrzucając na bok łopatę: "Jeśli już baba wie, to i wszyscy będą wiedzieć..." Więcej tego dołu już nie kopali. Ziemię zrównali, uspokoili się, widocznie zrezygnowali z pomysłu.
Uspokoiłam się, ale nie na długo. Jak tylko nadchodził wieczór, mój mąż i szwagier wciąż znikali z domu. Niby do młodzieży, to znów oporządzać się... Wychodzili nic mi nie mówiąc, a ja  zostawałam sama z dzieckiem. Razem z nimi zaczęły z domu znikać też różne przedmioty: a to "zapodziała się" gdzieś siekiera, to piła zginęła, po jakimś znów czasie nie mogłam znaleźć starego wiadra na pomyje... Wypytywałam, jednak nikt nic nie wiedział. Przeczuwałam, że mogli się sprowadzić gdzieś blisko. Pewnego razu zapytałam męża, a on nic mi nie tłumacząc odpowiedział: "Ty milcz..." Dopiero później powiedział mi, że razem ze szwagrem wykopali bunkier. Opowiedział, jak go urządzili. Były dwa wejścia.  Przez jeden otwór wchodzili i wychodzili, maskując go małym świerkiem z korzeniami. Drugie, zapasowe, wyjście było nieco dalej. Z zewnątrz nic nie było widać.
Nocą partyzanci czuli się pewniej. Dawniej do Suwałk wszyscy jeździli pociągiem. Mieszkańcy Szlinokiem, zwłaszcza ci od strony zachodniej, najczęściej szli wzdłuż torów do stacji Annowo, bo mieli bliżej niż do Trakiszek. Aż tu jedna kobieta mówi raz do mnie: "Wiesz, jak szłam rankiem na stację, widziałam w sośniaku Jakimaviciusów światło. Ciekawe, co też tam mogło być?" A ja na to: "Nic nie wiem. Pewnie ci się tylko przywidziało."
Mlodziez na Kapciukowej gorze.Gdy zamieszkali w tym bunkrze, Prabulis przychodził do nas codziennie. Przede wszystkim po chleb. Myśmy mieszkali nad jeziorem, nabrzeża były porośnięte tatarakiem, na ich liściach piekliśmy chleb. Duże okrągłe bochny. Piec był duży. Poza chlebem piekliśmy też babę ziemniaczaną. Pewnego razu Vitas poprosił: "Petrone, upiecz więcej tego placka, to będzie i dla nas." "Dobrze - powiedziałam, - ale będzie postny..." Nie zawsze mieliśmy nawet słoninę.
Mężczyźni, rzecz jasna, bardzo lubili świeży chleb, dlatego dzieliliśmy się z nimi. Umówiliśmy się tak: jeśli w mieszkaniu jest ktoś obcy, znaczy - nie można wchodzić do chałupy. Wówczas chleb zanosiłam do szopy nad maneżem i tam zostawiałam. Jeśli chleba w umówionym miejscu nie było, znaczyło to, że może wejść do mieszkania. Nasza chałupa była stosunkowo bezpieczna. A co najważniejsze, miała dwoje drzwi. Jedne - od strony podwórka. Z drugiej strony była sień, tuż za nią zarośla, a dalej bagno i dużo drzew. Można było szybko się ukryć.
Bywało różnie. Pewnego razu, a był wtedy w chałupie Prabulis, patrzymy - milicjant. Już prawie na podwórku. Zamarłam ze strachu, a Vitas nawet się zbytnio nie przejął. Nasunął czapkę daszkiem do tyłu i spokojnie wyszedł przez sień. Idąc przystanął jeszcze przy bydle, przewiązał krowę. Wyglądał jak prawdziwy pastuch. Milicjant pytał o drogę do Abukauskasów, a ci akurat mieszkali w tym samym kierunku, w którym poszedł Prabulis. To ja tak zagadywałam tego milicjanta, tak go zagadywałam, niby to pokazując drogę, aby jak najdłużej go zatrzymać, żeby partyzant zdążył się ukryć. Dzięki Bogu, tego dnia milicjant nic nie zauważył.
Wieczorami nie mogliśmy palić lampy lub też musieliśmy starannie zasłaniać okna. Światło zawsze było blade, ale gdy przychodzili partyzanci, jeszcze bardziej przykręcaliśmy knot. Po raz ostatni Prabulis z Kriksciunasem przyszli do nas w przeddzień tragedii. Nasza chałupa była duża, przedzielona. Ja z narodzoną przed jakimś miesiącem córeczką byłam po drugiej stronie. W pokoju panował półmrok. Kriksciunas wszedł i zapytał: "No, a to kto: obywatel czy obywatelka?" "Obywatelka" - odpowiedziałam. Wtedy on rzekł: "Błogosław jej, Boże, niech rośnie i niech dożyje lepszych czasów aniżeli obecne." Partyzanci doskonale wiedzieli, że najważniejsze dla bezpieki było dostać ich żywych. Jednak w takiej sytuacji byli zdecydowani odebrać sobie życie.
Trochę posiedzą, coś przekąszą lub wezmą żywność i znikają. Dawaliśmy im chleba, słoniny, warzyw. Wciąż kombinowaliśmy dla nich denaturat, o który wówczas było bardzo trudno. Ja go wypraszałam u Romana, tłumacząc, że potrzebuję podgrzewać mleko dla dziecka. A partyzanci palili go dla światła, gotowali na nim herbatę.
Gospodarstwo Pauliukonisow po powrocie.Owego decydującego dnia - 13 grudnia 1949 r. - było tak. Nie byliśmy zbyt zamożni. Pieniędzy wciąż nam brakowało, dlatego Sigitas pracował w lesie. Tego ranka oboje z Albinasem Drutisem wcześnie poszli do lasu. Ziemia była podmarźnięta, leżało trochę śniegu. Dopiero co wyszli i zaraz wracają do domu - żołnierze  ich zawrócili. Patrzyliśmy na niego zdziwieni, a on rzekł: "Zobaczcie przez okno, co się dzieje". Patrzymy, pełno żołnierzy. Okopani w niewielkich okopach, leżą, wszyscy z hełmami. Automaty skierowane w stronę sośniaku. Przy zagrodzie ich całe mrowie, a dalej leżeli pierścieniem tak, by mogli siebie nawzajem lepiej widzieć. Mąż mówił, że było dużo samochodów i karetka.
Pozostali w domu mąż Alfonsas i Agurkis milczeli, a Sygit przyniósł kawał żerdzi, usiadł na pniu przy piecu i mówi: "Zrobię nową rękojeść do siekiery..." Niby nic go to nie obchodziło, ale cały był zmieniony na twarzy. Wszyscyśmy się czuli nieswojo. Aż tu nagle: bach, bach - rozległy się dwa strzały.
Była chyba 10. czy 11. godzina, jak wpadł do domu żołnierz. Rozkazał chłopom wziąć narzędzia i iść z nim. Chłopi chwycili dziobak do roztrząsania obornika, widły i podążyli za nim. Prowadził prosto do sośniaku. Obok bunkra byli już chłopi Drutisów, Cernelisów i inni mieszkańcy. Kazano im rozebrać bunkier. Żołnierze sądzili, że jest zaminowany. Gdy otworzyli bunkier, to tylko para się uniosła. Prabulisa znaleźli martwego. Strzelił sobie w usta, głowa była rozerwana na pół. Żołnierze kazali najpierw sprawdzić, czy jest na ręku blizna. Wszystko się zgadzało. Kriksciunas w ręce, leżącej na piersi, trzymał brauning. Jeszcze oddychał. Do kryjówki skoczył lekarz, sprawdził puls, próbował go reanimować. Szybko przeniesiono go do karetki i odwieziono do Suwałk. Jednak w drodze zmarł.
Prabulisa chłopi wynieśli z kryjówki, położyli na ziemi. Mojemu mężowi żołnierze nakazali szybko sprowadzić podwodę. Niedawno wróciliśmy z Litwy. Mieliśmy bardzo kiepską, z rozpadającymi się drągami furmankę. Pilnowany przez żołnierzy mąż zaprzągł parę koni, zgodnie z nakazem nakładł dużo słomy i podjechał pod bunkier. Chłopi włożyli Prabulisa, przykryli słomą. Na wóz wsiadło paru żołnierzy. Mężowi kazano jechać do Szypliszek.
Trzeba wiedzieć, że w bunkrze znaleziono nasze deski, wiadro, siekierę, łopatę. Pomieszczenie było całkiem nieduże, wąskie. Zamiast łóżek zrobione były wąskie wyrka, a z szerszej deski - stół. Znaleziono też nie napoczęty bochen chleba, ale nie nasz. Ten był pieczony w prostokątnej blasze. Żołnierze kazali obok ciała Prabulisa położyć także znaleziony chleb. "Już my się zaraz dowiemy, czyj to chleb..." - zagrozili.
Mąż wkrótce wrócił. Wróciwszy wbiegł do chaty i przestraszony powiedział: "Wiesz, oni zapomnieli wziąć ten chleb, ja go przywiozłem z powrotem, co teraz robić?" Były u nas pozostałe jeszcze po mieszkającym w naszym gospodarstwie Niemcu dwa duże psy. Od razu wiedziałam, co z tym chlebem zrobić. Tępym kijem porozrywałam go na kawałki, porozrzucałam po podwórku, żeby myśleli, że to psy rozszarpały... A ten chleb i słoma - wszystko było we krwi... Mąż mówił, że gdy ciało zawiózł do Szypliszek, kazali mu je wyrzucić gdzieś pod ścianą. "Wiesz, jak ciężko mi go było tak zostawić..." - opowiadał płacząc.
Sigitasa Valinciusa aresztowali od razu. Zawieźli do Suwałk i zamknęli w piwnicy. Nie pamiętam, jak długo tam przebywał. Dowiedzieliśmy się potem, że został przewieziony do Olecka. W tym samym więzieniu siedział także jakiś znajomy czy krewny Anele Ceponaite. Razem więc ruszyłyśmy w poszukiwaniu więzienia. W Olecku idąc ulicą rozmawiałyśmy po litewsku. Usłyszał nas jakiś Litwin, który - jak się później okazało - dopiero co wyszedł z tego więzienia. Zaprosił nas do swojego domu, wszystko wytłumaczył, pokazał, gdzie jest więzienie, mówił, jak okrutnie obchodzą się tam z więźniami. (Potwierdził to później także Sigitas. Opowiadał, że trzymano ich po pas w zimnej wodzie, w nieludzki sposób przesłuchiwano i znów wpychano do wody.) Poszłyśmy do więzienia, ale zobaczyć się ze szwagrem nam nie pozwolono. Przez okienko przekazałyśmy mu żywność i ubranie, a strażnik przyniósł brudne rzeczy Sigitasa. Przywiozłam je do domu i przed praniem dokładnie sprawdziłam. W podwiniętym rękawie znalazłam papierek do skręta, na którym była prośba: "Przywieźcie jak najwięcej tytoniu i żywności". Niestety, gdy pojechałyśmy tam po raz drugi, Sigitasa już nie było. Wywieźli go na Sybir - do obozu ciężkich robót. Wrócił schorowany, założył rodzinę, mieszka na Litwie we wsi Gulbiniskes.
Mój mąż od owego pamiętnego dnia już nie zaznał spokoju. Wciąż się ukrywał, jedynie czasami przychodząc do domu. Przeziębił się, zachorował na ostre zapalenie płuc, stracił zdrowie. Zmarł na gruźlicę w 1958 r. Miał zaledwie 38 lat. Osierocił czwórkę dzieci.
Gdy spotkaliśmy się przed paroma laty, Sigitas Valincius mówił, że wtedy żołnierze kazali mu wykopać grób dla Prabulisa. W którym miejscu, teraz nie jest w stanie sobie przypomnieć. Pamięta jedynie, że było to gdzieś za Suwałkami i że dół kopał na jakimś bagnie. Na cmentarzu takich "zbrodniarzy" nie chowano.

Zapisała Alicija SITARSKIENE
"Ausra" 1998/1, s. 18-21.