Nasza rozmowa z...Z wykładowcą Uniwersytetu Wileńskiego, językoznawcą Kazysem Linką rozmawia Sigitas Birgelis.
Byliśmy świadkami historycznych wydarzeń
Opowiedz o sobie, o swojej drodze do nauki.
Naukę rozpocząłem w szkole podstawowej w Puńsku. Szło nieźle, ale ojciec nie chciał mnie puścić do liceum. Byłem trzecim, najmłodszym synem. Żaden z moich starszych braci nie chciał pracować na roli. Rodzice mieli nadzieję, że trzeci syn będzie rolnikiem.
Już w początkowych klasach szkoły podstawowej byłem zdecydowany po jej ukończeniu uczyć się w liceum. Gdy byłem już w ósmej klasie, w domu wybuchł konflikt. Pomimo uporu ojca byłem nieugięty: żeby nie wiem co, w żadnym razie nie pójdę do szkoły rolniczej, będę się uczył w liceum, a potem pójdę na studia. Uparłem się i postawiłem na swoim.Których nauczycieli zapamiętałeś najbardziej?
Przede wszystkim dobrze pamiętam panią Vlada Pajaujiene oraz swoją pierwszą nauczycielkę Karciauskiene. Ciepło wspominam lituanistów, zwłaszcza swojego pierwszego nauczyciela języka litewskiego Jonasa Karciauskasa. Pamiętam - jakby to było dziś - wiszące na ścianie rysunki nauczyciela, obrazujące różne imiesłowy. W liceum zrobiła na mnie dobre wrażenie Danute Peciuliene, ucząca nas języka litewskiego zaledwie przez rok. Potrafiła ona wzbudzić zainteresowanie młodzieży literaturą litewską. Nie mogłem sobie nawet wyobrazić, że mógłbym nie przeczytać jakiejś lektury. Serdecznie wspominam nauczycielkę języka polskiego Helenę Rekus. Była surowa, ale porządnie nauczyła mnie polskiego.
Czy zastanawiałeś się wówczas, kim zostaniesz w przyszłości?
Już w szkole podstawowej przejawiałem zainteresowania filologiczne. Bardzo dużo czytałem. Każdą wolną chwilę, wolną lekcję spędzałem w bibliotece. Biblioteką kierowała wówczas wspaniała nauczycielka Vlada Pajaujiene. To ona tak mnie zainteresowała książkami. Do czwartej klasy sami nie mogliśmy korzystać z biblioteki, książki wypożyczała wychowawczyni. Przynosiła różne książeczki, baśnie i rozdawała dzieciom. Od czwartej klasy, gdy już mogliśmy samodzielnie wypożyczać, czytałem wszystko, co mi wpadło do ręki. Nawiązałem bliższą znajomość z panią Vlada Pajaujiene, która podsuwała mi wciąż jakieś ciekawsze książki. Powoli zaczął kształtować się mój światopogląd i zainteresowania filologiczne.
W szkole podstawowej bardziej skłaniałem się ku filologii polskiej. Nauczycielka od polskiego mówiła: "Kazik będzie polonistą". Czytałem dużo książek polskich (być może dla mnie, dla wiejskiego dziecka, składnia języka polskiego była prostsza). W liceum zdecydowałem ostatecznie, że zostanę lituanistą, chociaż nieźle mi szła również matematyka. Pamiętam, jak w pierwszej klasie w I semestrze z matematyki groziła mi dwója, ale nauczycielka postawiła mi trójkę awansem. "Czy ja nie jestem w stanie nauczyć się matematyki?" - zapytałem siebie. Zainteresowałem się przedmiotem, po nocach rozwiązywałem zadania. Matematyka tak mi się spodoboła, że w IV klasie zapisałem się na zajęcia fakultatywne z matematyki i fizyki.Mimo to nie zostałeś jednak matematykiem...
Tuż przed maturą zmarł mój ojciec. Trzeba było pomóc uprawiać ziemię. Nie mogłem przecież zostawić matki samej. Wiedziałem, że muszę pójść na studia, żeby nie wzięli mnie do wojska. Wybrałem Warszawę, abym mógł częściej przyjeżdżać do domu, pomóc przy wykopkach, sianokosach czy czymkolwiek. Studiując na Litwie mógłbym przyjechać tylko kilka razy w roku: z okazji święta rewolucji październikowej i święta pracy oraz na czas wakacji zimowych i letnich.
Tak więc zdawałeś do Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (dziś Szkoła Główna Handlowa) w Warszawie...
Wybrałem ekonomikę i socjologię. Warszawa była dla mnie pierwszym dużym miastem. Był tu klub Litewskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego, w którym często spotykała się studiująca w Warszawie młodzież z Puńska i okolic. Po roku studiów stwierdziłem, że to nie miejsce dla mnie, że nie skończę tej szkoły. Na Litwie rozpoczął się akurat Sajudis. Nigdy wcześniej nie byłem na Litwie, mimo że mieszkałem 1,5 km od granicy. Zdecydowałem: nieważne, co będzie, jadę na Litwę. Już wówczas mogły na mnie spadać gromy, świat się walić. Powiedziałem sobie: zostawiam wszystko, absolutnie wszystko, nawet jeśli będę tego żałował, ale jadę. Miałem jeden cel - wyjazd na Litwę. Zdawałem na język litewski i literaturę na Uniwersytecie Wileńskim. Egzamin zdawałem na Uniwersytecie w Poznaniu razem z Vaivą Uzdilaite i Onute Balytaite.
Całe lato było dla mnie jedną wielką udręką. Jeszcze ze studiów w Warszawie miałem kupione albumy o wileńskiej starówce, o architekturze Wilna. Przeglądając je wciąż myślałem o tym, że za dwa miesiące pojadę do Ojczyzny. Mama żartowała: "Jedź już, bo i tak wciąż błądzisz po Prospekcie Gedymina". To było najdłuższe lato w moim życiu. Mama nie była zbyt zachwycona. "E, - mówiła - jedne studia zacząłeś, nie skończyłeś, teraz gdzie indziej jedziesz. Jak można tak się rzucać z jednego na drugie? Jeśli zacząłeś coś, to i kończ. Rok stracony. Ni to, ni owo. Pieniądze stracone..."
Nie chciałem nic słyszeć. W głowie mi było tylko jedno - Wilno. Pojechać chociaż raz w życiu, zobaczyć nie tylko na zdjęciu, nie tylko w książce, ale na własne oczy, chodzić ulicami Wilna.W realnym świecie marzenia rzadko się spełniają...
Jest to pewnie żelazna reguła. Tak też było i w moim przypadku. Do Wilna jechaliśmy pociągiem z Warszawy przez Kuźnicę i Grodno. W Kuźnicy wysiadła polska straż graniczna. Jechaliśmy przez otoczoną drutem strefę nadgraniczną. Staliśmy na korytarzu przy oknie i patrzyliśmy, w którym miejscu przekroczymy granicę litewską, bo nie wyobrażaliśmy sobie, że jakaś granica jest. Czekaliśmy na znak, na napis "Litwa". Nic podobnego nie dostrzegliśmy. Najboleśniejsze było jednak to, że na dworcu w Wilnie nie mogliśmy się porozumieć po litewsku. Jeśli kogoś zaczepialiśmy w najlepszym razie odwracał się tyłem. Ale były też takie odpowiedzi, że lepiej by było w ogóle nie pytać. Zostawiliśmy bagaż i poszliśmy na miasto. Doszliśmy do Katedry, weszliśmy na basztę Gedymina, zwiedziliśmy plac ratuszowy, kościół św. Anny, uniwersytet. Do późnej nocy tłukliśmy się po Wilnie.
Znaleźliście się w sercu Litwy w najgorętszym okresie odrodzenia...
Jadąc na Uniwersytet Wileński postanowiłem, że nie opuszczę żadnego wykładu, ale rozpoczynał się właśnie Sajudis, niemożliwością było, sumienie nie pozwalało, nie brać udziału w różnych wiecach, np. przy elektrowni atomowej w Ignalinie. To był mój pierwszy wypad poza granice Wilna. Gdy przyjechaliśmy do Wilna, w dziale spraw zagranicznych musieliśmy podpisać dokument, że bez wiedzy działu zagranicznego nie wyjedziemy poza granice Wilna. Pamiętam, jak pierwszego dnia na Sauletekio, gdzie są akademiki studenckie, wyszliśmy na spacer. Wokół był las. Szliśmy drogą w kierunku Niemenczyna, patrzymy, a tu kończy się miasto. Stanęliśmy naradzając się, co robić. Wiedzieliśmy, że jak złapią nas po raz pierwszy, dostaniemy upomnienie, po raz drugi - zapłacimy karę, za trzecim razem - czeka nas rozprawa sądowa i deportacja ze Związku Radzieckiego. Tak więc, gdy po raz pierwszy znaleźliśmy się na rubieży miasta, nie ośmieliliśmy się naruszyć sowieckiego prawa i wróciliśmy.
To był wspaniały i wzruszający okres. Na naszych oczach działa się historia. I nie byle jaka historia, ale najważniejsze wydarzenia, jakie mogą być w życiu człowieka.Jak ci szła nauka?
Uczyć się nie było ciężko. Po pierwszej sesji na dziedzińcu Sarbiewskiego spotkał nas dziekan i zapytał:
- I co, Polacy, dużo trój macie?
- Żadnej! - odpowiedzieliśmy chórem.
- O, to niemożliwe, by Polacy trój nie mieli.
Wszyscy nazywali nas Polakami. Dla nas była to największa obelga.
- Panie dziekanie, - rzekliśmy - my nie Polacy, myśmy Litwini.
- Mówię tak nie z powodu narodowości, a dlatego żeście z Polski.
Masz ci los, przyjeżdżasz po raz pierwszy do Ojczyzny, a tu cię uważają za Polaka.Jakie mieliście warunki?
Podobne do tych, jakie mieli wszyscy studenci, wyjątkiem większych stypendiów, które wypłacało nam polskie ministerstwo. Wkrótce Sajudis zaczął się i na uniwersytecie. Od samego początku postanowiłem nie chodzić na zajęcia z historii KPZR. Historia Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego - to jeden z najważniejszych przedmiotów. Wykładano go półtora roku, a każdy semestr kończył się egzaminem. Była połowa semestru, egzamin tuż tuż, a ja nie byłem jeszcze na żadnych zajęciach. "Nie dopuszczą do egzaminu" - myślałem. Niechętnie poszedłem na seminarium. Wykładowca, gdy zobaczył nową twarz, zapytał o jakąś teorię Lenina.
- Pan wybaczy, panie wykładowco, - powiedziałem - nigdy nie czytałem pism Lenina i naprawdę nie zamierzam czytać. Po drugie, u nas, w Polsce, jest tyle partii, że jeszcze jedna, i do tego tak duża, jest już ponad moje siły.
- Towarzyszu Linkevicius, - rzekł wykładowca - państwo radzieckie przyjęło was na studia. Jeśli wam się nie podoba idźcie do dziekanatu. Jeśli was zwolnią, słowa nie powiem.
Wysłuchałem kazania, ale do dziekana nie poszedłem. Po tygodniu historię KPZR zlikwidowano. Okres był ciekawy też z tego względu, że wykładowcy bali się studentów. Nauki radzieckie studenci ignorowali zupełnie, nie chodzili na wykłady lub pisali podania do dziekana, że rezygnują z danego wykładowcy, bo on wygłasza głupoty, że takiej nauki studenci nie chcą. Wykładowców, którym studenci nie ufali wyrzucano lub też przenoszono gdzie indziej.Dlaczego wybrałeś język, a nie literaturę litewską?
Wybrałem język, bo lubię rzeczy konkretne. Jeden z profesorów powiedział niegdyś, że językoznawca jest jak matematyk. Poezja do dziś jest dla mnie abstrakcją. Czytając wiersze zastanawiam się: "Boże, jak ludzie potrafią pisać wiersze, jak to możliwe, w jaki sposób?" Sam w życiu nie napisałem żadnego dwuwiersza.
Na początku my, studenci z Polski, słabo mówiliśmy po litewsku. Pamiętam, raz na ćwiczeniach wykładowczyni o coś mnie zapytała. Gdy usłyszała moją odpowiedź, chwyciła się za głowę: "Boże, a cóż to takiego. Ani długich, ani krótkich samogłosek. I akcent nie wiadomo skąd." Długo mówiła, krzyczała, że z taką wymową i akcentem tylko po jej trupie skończę uniwersytet. Nie lubiłem, gdy ktoś na mnie krzyczy. Powiedziałem sobie: "Poczekaj no, paniusiu". I wziąłem się do pracy. Została urażona moja duma. Jestem Litwinem, a nie potrafię mówić po litewsku. Studiowałem fonetykę, morfologię, akcentologię i inne. Zainteresowałem się kulturą języka. Po trzech miesiącach mówiłem tak jak inni.
W okresie Sajudisu duże znaczenie przywiązywano do języka. Podczas okupacji sowieckiej język dużo ucierpiał. Nie było chyba żadnego wiecu, na którym nie mówiono by o sytuacji języka litewskiego, o tym, że trzeba zachować język, że ludzie wciąż gorzej mówią po litewsku. Tak więc i okoliczności przesądziły o tym, że zostałem językoznawcą.Opowiedz o ważniejszych wydarzeniach z okresu studiów.
Nigdy nie zapomnę nocy 13 stycznia. Cały tydzień spędziliśmy przy Radzie Najwyższej i Radiokomitecie (przy wieży telewizyjnej nie byłem). Gdy wspomnę te wydarzenia łzy napływają mi do oczu. Trudno uwierzyć, że w końcu XX w. mogły dziać się takie straszne rzeczy, że człowieka można przejechać jak jakiś patyk. Do dziś widzę ten ogromny tłum przy Radzie Najwyższej, słyszę ryk jadących czołgów, widzę, jak Landsbergis zwraca się do zgromadzonych, by odsunęli się o kilkaset metrów, bo w razie strzelaniny szkło z rozbitych szyb może wielu skaleczyć. Jak dziś dzwoni w uszach absolutna cisza. Nikt z wielotysięcznego tłumu nie ruszył się z miejsca. Słychać warkot silników czołgowych, ludzie, cały tłum, tysiące, tysiące ludzi jednym głosem śpiewa: "Marija, Marija". Tego widoku nie zapomnę nigdy. 13 stycznia jest teraz jedynie dniem czci, a powinien być najświętszym ze świąt.
Dlaczego po studiach zostałeś na Litwie?
Na początku miałem wątpliwości, ale, prawdę mówiąc, od samego początku wiedziałem, że zostanę na Litwie. Kończąc studia musiałem myśleć o pracy i o tym, z czego będę żył. Byłem obywatelem innego państwa. Jeszcze na piątym roku rozpocząłem pracę w Instytucie Języka Litewskiego, w Wydziale Kultury Języka. Gdy kończyłem uniwersytet, pewna moja znajoma zaproponowała mi zajęcia z kultury języka na Uniwersytecie Technicznym. Odpowiadało mi to. Kulturę języka wykładam na tymże uniwersytecie już pięć lat (na Litwie mieszkam od dziesięciu lat). Przed dwoma laty rozpocząłem pracę w Katedrze Filologii Polskiej Uniwersytetu Wileńskiego. Od jesieni ubiegłego roku zostałem przydzielony do Katedry Tłumaczeń. Uczę tłumaczenia z języka polskiego na litewski.
Opowiedz o Polakach na Litwie.
Nigdy nie sądziłem, że będę utrzymywał kontakty z wileńskimi Polakami, że często będę z nimi dyskutował na temat stosunków polsko-litewskich. Oni mają zupełnie inny pogląd na Litwę, której są obywatelami. Oni nie czują się obywatelami. Nie rozumieją, że istnieją pewne obowiązki wobec państwa, że przede wszystkim trzeba się nauczyć języka urzędowego. Miejscowi Polacy ignorują język litewski, bo wszędzie mogą się porozumieć, jeśli nie po polsku, to po rosyjsku. Rozumują w ten sposób; "Jeśli nam nie pozwalają mówić po polsku, to nie będziemy mówić i po litewsku". Polacy na Litwie sądzą, że wszyscy ciągle ich krzywdzą. Wciąż powtarzają: "My jesteśmy tu, w rejonie wileńskim i sołecznickim, większością, nas krzywdzą. Litwa okupowała te ziemie, dostała od Rosjan."
Co możesz powiedzieć o obecnej sytuacji języka litewskiego?
Sytuacja języka litewskiego polepszyła się, gdy stał się on językiem urzędowym, pojawiły się napisy w języku litewskim itp. Niestety, z jednej skrajności Litwa popada w drugą. Jeśli wcześniej ratunkiem wydawał się język rosyjski, to teraz jest nim angielski. Wcześniej wiele wyrazów obcych, konstrukcji składniowych przychodziło z języka rosyjskiego, teraz wiele osób, mówiąc po litewsku, dosłownie tłumaczy z języka angielskiego.
Słyszy się nieraz opinie, że język litewski jest trudny, że bez słownika nawet lituaniści nie potrafią prawidłowo akcentować. Czy to prawda?
Absolutnie nie. Moim zdaniem, nie ma trudnych języków. Każdego języka można się nauczyć, trzeba tylko chcieć. A swój ojczysty język znać trzeba! Trzeba go czuć, a nie nauczyć się, wykuć zasady akcentowania. Język litewski nie jest trudniejszy od innych języków. W języku są zasady, prawidłowości i wyjątki.Jakie znaczenie mają na Litwie gwary?
Na Litwie wielu ludzi mówi gwarą. Gwary są tu - w porównaniu z innymi krajami - nieźle zachowane. W moim przekonaniu, dobrze, że gwary istnieją. Na przykładzie studentów zauważyłem, że ten, kto mówi gwarą, w języku ogólnym robi mniej błędów, a ich język jest ładniejszy, bogatszy niż język mieszczan, mówiących żargonem. Gwara - to jeszcze jeden język. Człowiek od razu w sposób naturalny zna dwa języki, a one są skarbem człowieka.
Każdy język czy gwara jest odzwierciedleniem swoistego świata, innego pojmowania świata. Weźmy dla przykładu wyraz z języka ogólnego "trupinys" ['okruch']. My, Dzukowie, mamy dwa wyrazy "trupinys" i "gurinys". To bardzo podobne wyrazy, ale my odróżniamy jednego rodzaju okruchy od innych. Dla Dzuków "grobai" ['żebra'] to kości, dla Żmudzinów - jelita.A jak mówią nasi ludzie?
Język mieszkańców okolic Puńska i Sejn jest pod dużym wpływem języka polskiego. Przede wszystkim jeśli chodzi o wymowę spółgłosek sz, ż, cz. Nasza młodzież teraz już nawet ł litewskiego [chodzi o ł przedniojęzykowo-zębowe - przyp. tłum.] nie potrafi prawidłowo wymówić. Zamiast "labas" ['cześć'], mówią uabas [z u niezgłoskotwórczym]. Gdy się mieszka w otoczeniu innojęzycznym, trudno jest zachować wymowę litewską, ale nie potrzeba żadnych starań, naprawdę nic nie kosztuje, by zamiast "lioduvke" ['lodówka'] mówić "szaldytuvas". Czasem można usłyszeć nawet takie zdanie: "Traukinys ['pociąg'] ruszis, ba kolejażus maino ['zmienia'] toblyczas ['tablice']". Należy unikać takiego kaleczenia języka. Ważne jest, by czytać dużo książek i gazet litewskich, oglądać programy telewizyjne, słuchać radia i pojechać, koniecznie pojechać do Wilna (jak muzułmanie jeżdżą do Mekki).
A czy język naszej "Ausry" jest poprawny?
Błędy popełniają wszyscy. Błądzić jest rzeczą ludzką, ale tylko głupcy nie uczą się na własnych błędach. Błędy są zarówno w prasie naszej (w "Ausra"), jak i w litewskiej (w "Lietuvos Rytas", "Lietuvos Aidas"). Trudno zrozumieć, dlaczego styliści i dziennikarze litewscy robią błędy. Jak im sumienie na to pozwala. Mieszkający poza Litwą: w Polsce, na Łotwie, Białorusi mają ograniczony kontakt z językiem litewskim. Ich błędy można usprawiedliwić, bo trudno jest uniknąć wpływu innych języków. Nasze błędy - to głównie tłumaczenia z polskiego, obce, zazwyczaj polskie, konstrukcje składniowe. Nikt nie jest wolny od błędów. Najważniejsze jednak, by ich było jak najmniej.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Sigitas BIRGELIS"Ausra" 1998/6, s. 14-18.
Śladami naszych ojców i praojców
Przez dziesiątki tysiącleci nad Bałtykiem wiał wiatr zachodni, unosząc wydmowy piasek. Piasek unosił się w górę, leciał, ale szybko się też męczył, wpadał do morza i osiadał w słonej wodzie. Od ujścia Wisły, a być może nawet od Gdańska i Juraty wciąż się wydłużała i wydłużała żółta wstęga piasku, aż wreszcie sięgnęła półwyspu sembskiego i ostatecznie oddzieliła mieliznę Bałtycką od jej głębin. Było to bardzo bardzo dawno temu, gdy nie było tu jeszcze śladu człowieka.Zjednoczeni przez los
A całkiem niedawno, przed ośmioma, no może dziesięcioma tysiącami lat, z azjatyckich stepów przybyli tu jasnowłosi mężczyźni i kobiety, mówiący językiem bardzo zbliżonym do tego, który jeszcze przed dziesięcioma tysiącami lat zostawili gdzieś u podnóża Himalajów. Podróżnicy rzymscy i greccy nazwali ich Borusami [Borussi], my dziś zwiemy ich Prusami.
Spodobał się Prusom ten wąski pas piasku. W płytkim Bałtyku było mnóstwo ryb i nie trudno było je złowić. A Morze Bałtyckie nęciło nie tylko swoją siną dalą, ale też "aestyjskim złotem" - bursztynem. Najpiękniejsze i największe bryły palono w świątyniach, ofiarując je pruskim bogom: srogiemu Perkunasowi, bogu szczęścia Patrimpasowi i władcy krainy zmarłych Pykuolisowi. Gorszy jantar kupowali kupcy z dalekich krajów. "Złoto" pruskie wywożono do Grecji, Rzymu, a nawet do prastarego kraju Urartu, do ziemi dzisiejszej Armenii. Widać niemało bursztynu dotarło do krajów Europy południowej, nie bez przyczyny bowiem drogę od mare Balticum do Rzymu nazwano "bursztynowym szlakiem".
W najwęższym miejscu żółtej wstęgi piasku - Mierzei Aestiów - usypali Prusowie wysokie wzgórze, a na nim zbudowali drewniany zamek i nazwali go Piliava. Żyli Prusowie- Sembowie szczęśliwie, dopóki na ich ziemie nie przywędrowali jacyś dziwaczni mężczyźni, mówiący w obcym, szorstkim języku z białymi pelerynami i groźnymi czarnymi krzyżami na piersi. Owi dziwaczni mężczyźni podawali się za zakonników, wysłanników dalekiego i całkiem Prusom obcego papieża. Mówili, że przynoszą raj, ale że można dostąpić go dopiero po śmierci, należy więc Prusów wpierw zgładzić, aby tam mogli trafić. W ten oto sposób zginęli jasnowłosi, niebieskoocy mężczyźni i kobiety, mówiący językiem podobnym do staroindyjskiego sanskrytu.
Okupanci nazwę Piliava nieco zgermanizowali i nazwali Pillau. Mężczyźni z krzyżami na białych pelerynach nie docenili zamku i pozwolili, by uległ prawie doszczętnemu zniszczeniu. Dopiero Szwedzi w 1626 r. wkroczywszy do Prus zrozumieli: kto posiada Piliavę, ten włada całością nadbrzeża Aestyjskiego z Elblągiem, Fromborkiem, Braniewem i Królewcem. Zbudowali więc tu potężny murowany zamek, pogłębili cieśninę przez mierzeję, ponownie łącząc Morze Aestyjskie z Bałtyckim.
Krótko Szwedzi tu władali, szybko zostali wyparci z powrotem za Morze Bałtyckie, ale władca Prus Fryderyk Wilhelm, zwany też Wielkim, miejscowość Pillau zmienił w twierdzę i nazwał ją bramą do Królewca. Znaczenie strategiczne Pillau rozumieli doskonale także hitlerowcy. Urządzili tu bazę łodzi podwodnych ("U-botów"). Największą w całym akwenie bałtyckim. Rozumieją również Rosjanie, którzy jeszcze bardziej umocnili port, a miejscowość nazwali Bałtyjskiem.
Dlaczego o tym piszę? Przecież Bałtyjsk, zwany przedtem Pillau, a jeszcze wcześniej Piliava, znajduje się na terytorium Federacji Rosyjskiej, w obwodzie królewieckim. Piszę dlatego, że na Sejneńszczyźnie, we wsi Burbiszki, mieszka Litwin, który w okresie okupacji hitlerowskiej był więźniem twierdzy w Pillau, był bity, przezywany i zmuszany do bardzo ciężkiej pracy. Jednak nawet w tym piekle pozostał człowiekiem, nawet tu udało mu się spotkać dobrych ludzi.
***
Jonasowi Grebliunasowi, bo o nim mowa, szedł właśnie osiemnasty rok. Trochę się zasiedział na zabawie i teraz wracał do domu, gdy nagle zaskoczyli go dwaj uzbrojeni żandarmi niemieccy.
- Gdzie byłeś? Dokąd idziesz? Nie wiesz, że w strefie przygranicznej po zmroku nie wolno z domu wychodzić? - posypały się pytania. Nie pomogło tłumaczenie, że mieszka niedaleko, że poszedł do sąsiada po naftę. Żandarmi doprowadzili Grebliunasa do pobliskiego urzędu gminy w Krasnowie, a tam już czekał samochód ciężarowy. Wsadzili i zawieźli do Suwałk. Stąd przez dwie doby wieźli pociągiem w kierunku zachodnim, aż w końcu wysadzili w Pilawie. Tu, w nie ogrzewanych drewnianych barakach, takich jak Grebliunas były już tysiące - Rosjanie, Belgowie, Francuzi, ale najwięcej Polaków. Spod Sejn, Augustowa i spora grupa z Warszawy, najwięcej studentów Uniwersytetu Warszawskiego.
Brodząc w zimnej wodzie toczyli ogromne kamienie, betonowe bryły i umacniali nadbrzeże morskie. Robili fundamenty pod niemieckie kryjówki "U-botów". Najbardziej jednak wycieńczała nie ciężka praca, nie głód, nie mróz, ale nieludzki reżim. Wieczorem w baraku zaczynała się kontrola. Wszyscy stawali na baczność, ręce przy udach, oczy zwrócone wprost na drzwi - i czekali na dozorcę. Czasem dziesięć minut, czasem całą godzinę, aż wreszcie raczył przyjść i sprawdzić, czy wszyscy są na swoich miejscach. A niech no tylko któryś spróbuje odwrócić się i nie patrzeć wprost na niego. Zaraz wrzeszczał byczym głosem: "Ty polska świnio!" Większość dozorców rekrutowała się z niemieckich kolonistów, przed wojną mieszkających w Polsce i świetnie mówiących po polsku. I walił pałką w głowę, w głowę. "Co, może Niemców nie lubisz, że w twarz nie chcesz patrzeć?" - drwił.
Największym jednak grzechem było spóźnienie się na kontrolę. Za to najpierw dostawało się lanie, a potem wsadzano do tzw. oddziału karnego, z którego jeśli się wychodziło żywym, to - jak twierdzi Jonas Grebliunas - wystarczył lekki wiatr, by powalił na ziemię.
***
Aż tu pewnego dnia owo nieszczęście - spóźnienie na kontrolę - spotkało sąsiada Grebliunasa z baraku, młodego studenta z Warszawy. Student, jak to student - rozmarzył się, zagapił i spóźnił. Jak się nie wścieknie dozorca, jak nie zacznie kląć: Ty polska świnio, ty diabelskie nasienie/ skurwysynu!
Jak nie zacznie okładać go pałką po bokach. Jonas Grebliunas spróbował wstawić się za swoim towarzyszem niedoli, wytłumaczyć go, aż tu słyszy, że on sam nie jest niczym innym jak tylko "polnisches Schwein" (polska świnia). Niby niechcący po raz pierwszy Grebliunas sprzeciwił się przedstawicielowi "najczystszej rasy ludzkiej".
- Może i jestem świnią, ale nie polską, a litewską - powiedział. Dozorca był tak zaskoczony, że aż usta otworzył ze zdziwienia i... zapomniał Grebliunasa obić pałką. Odwrócił się i wyszedł z baraku.
Słyszał to także młody zastępca dozorcy. Po wyjściu "Barakenfiurera" zapytał:
- Naprawdę jesteś Litwinem? Skąd pochodzisz? Ja też jestem Litwinem z okolic Kłajpedy. Gdy w 1938 r. Niemcy hitlerowskie zabrały Kłajpedę Litwie, mnie i innych młodych mężczyzn zmobilizowano do armii niemieckiej. Wiesz, co? Pójdź jutro na skargę do komendanta obozu. Tylko nie mów, że ja ci tak doradziłem.
Następnego dnia Grebliunas poszedł do komendantury obozu. Przedstawił się, powiedział w jakiej sprawie. A tu zza stołu najpiękniejszą litewszczyzną przemówił do niego tęgi mężczyzna w czarnym mundurze esesmana. Jonas Grebliunas opowiedział, co i jak, a na koniec rzekł:
- Jeśli już, to proszę mnie zamknąć w oddziale karnym zamiast tego młodego studenta.
Zastanowił się Niemiec z okolic Kłajpedy, coś zamamrotał, wreszcie rzekł:
- Dobrze, ani on, ani ty nie trafisz do oddziału karnego. Studentowi karę daruję, a ciebie przenoszę do kuchni. Będziesz dla naszych żołnierzy ryby smażył.
***
Od wschodu coraz bardziej i bardziej zbliżał się front. Mimo że już słychać było odgłosy rosyjskich armat, w Pilawie praca wrzała jakby nigdy nic. Wciąż jeszcze umacniano nadbrzeże, budowano kryjówki dla podwodnych łodzi, których wciąż więcej przypływało z Elbląga. Hitlerowcy czekali jeszcze na jakiś cud, który ocaliłby ich "tysiącletnią rzeszę", jeszcze wierzyli w obiecywaną przez Hitlera "Wunderwaffe" - cudowną broń. (Teraz wiadomo już, że miała to być bomba atomowa, ale gdy Anglicy zbombardowali wytwórnię tzw. ciężkiej wody w Riukan, w Norwegii, cały plan legł w gruzach.) Nie wszyscy jednak Niemcy wierzyli w cuda i "wunderwaffy".
Pewnego wieczoru w kuchni do Grebliunasa przysiadł się już starszy wiekiem kucharz niemiecki i rzekł po litewsku:
- Wiesz, co, bracie, jak tylko nadarzy się sposobność, nawet najmniejsza, nie zwlekaj, uciekaj stąd! Ta twierdza za dzień lub dwa będzie takim piekłem, że nawet diabeł miałby co oglądać i czego się nauczyć. Byłem wczoraj w Królewcu i na własne oczy widziałem, co zostało z tego pięknego miasta po nalocie bombowców brytyjskich. Wyobrażam sobie, co będzie tu - w wojskowej bazie łodzi podwodnych - trzeźwo oceniał sytuację Niemiec.
- Ale jak mam stąd uciec? Złapią i rozstrzelają - obawiał się Grebliunas.
- Jutro wszystko zorganizujemy - powiedział stary kucharz niemiecki. A może on nie był wcale Niemcem, może był Litwinem z Małej Litwy? Tego już Grebliunas nigdy się nie dowiedział.
Następnego dnia przewiązano Grebliunasowi głowę chustką, a komendantowi zgłoszono, że prowadzą go do dentysty w miasteczku. W miasteczku, w umówionym miejscu spotkała się z nimi córka owego kucharza - Niemca, a może Litwina. Zaprowadziła Grebliunasa na dworzec kolejowy. Po okazaniu swojego niemieckiego "ausweisu" (paszportu) kupiła dwa bilety. Oboje wsiedli do pociągu, jadącego do Sudauen (tak hitlerowcy nazwali Suwałki).
Czy ta młoda Niemka musiała jechać do krewnych na wschodzie, czy jej ojciec - stary kucharz - nakazał jej jechać razem z uciekinierem, tego Grebliunas nigdy się nie dowiedział. Pociąg jechał przez równinę Prus Wschodnich, potem toczył się między mazurskimi jeziorami, jakby poszukując drogi, na krótko zatrzymał się w Treuburgu (Olecku) i wciąż zbliżał się do ówczesnej granicy polsko-niemieckiej. Przed niewielką stacją Cimochy dziewczyna powiedziała:
- To miasteczko jest już przy samej granicy. Tu gestapo bardzo dokładnie sprawdza dokumenty. Gdy tylko pociąg zwolni, skacz. Dalej już pieszo musisz iść w kierunku wschodnim. Jeśli uda ci się dotrzeć szczęśliwie do pierwszej polskiej miejscowości Raczki, może się uratujesz. I pamiętaj - nie wszyscy Niemcy są hitlerowcami.
Grebliunasowi udało się. Nad ranem dotarł do Raczek. Zastukał w okno ubogiej chaty. Drzwi otworzyła mu staruszka, usmażyła jajecznicę, pozwoliła przespać się i pobłogosławiwszy go wyprowadziła. Jeszcze tego samego dnia Jonas Grebliunas był w domu.
***
Minęło wiele lat. Jonas Grebliunas zdążył już całkiem zapomnieć odległą Pilawę, a propos, dziś zwaną Bałtyjskiem. Aż tu pewnego dnia wjechał na podwórko samochód z rejestracją warszawską.
- Czy tu mieszka starszy wiekiem Litwin imieniem Jonas? - zapytał gość.
- Tak - odrzekła synowa.
Warszawiak wszedł do środka. Zaczęli rozmawiać.
- Gdzie Pan był w czasie okupacji niemieckiej?
- W twierdzy Pillau.
- Czy pamięta Pan takie to a takie zdarzenie?
- Pamiętam.
- Czy Pan wie, kto jest tym studentem, którego uratował Pan od śmierci, zamiast którego Pan sam chciał iść do obozowego oddziału karnego? To mój ojciec. On teraz jest profesorem. Nie jest już młody i niezbyt zdrowy, trudno mu podróżować, ale mnie kazał odszukać Pana wioskę na pograniczu z Litwą i Pana, panie Grebliunas. Na szczęście, jeszcze Pan żyje.
Jonas Grebliunas ma nadzieję, że ocalony przez niego student Uniwersytetu Warszawskiego, teraz już profesor, przyjedzie tego lata do Burbiszek. Wtedy siądą obydwaj nad brzegiem jeziora Gaładuś i długo długo będą rozmawiać. Polski profesor i litewski rolnik - dwaj bracia zjednoczeni przez los.
Eugenijus PETRUSKEVICIUS
"Ausra" 1998/6, s. 19-21.